X
 
 

  • Zapraszamy do szkół Helen Doron

    Helen Doron English to sieć szkół językowych, działająca w 33 krajach świata. Metoda nauczania języka angielskiego powstała w 1985 roku a sieć szkół rozwijana jest od roku 1997. Do Polski sieć trafiła 16 lat temu. Obecnie z naszych programów korzysta 27000 uczniów w ponad 200 placówkach. HDE to angielski 14 razy w tygodniu wzbogacony o cotygodniową lekcję w grupie rówieśniczej.

    W szkołach Helen Doron English uczą się dzieci od 3 miesiąca życia, aż do pełnoletniości. Najmłodsi uczniowie (w wieku od 3 do 22 miesięcy) wraz z rodzicami uczestniczą w kursie „Baby’s Best Start”. Kurs „Fun with Flupe” i jego adaptacje adresowany jest do dwulatków, trzylatków lub czterolatków.Dla dzieci w wieku od 5 do 10 lat mamy kurs „English for all children”. „Botty, the robot” to kurs idealny dla przedziału wiekowego 8-12 lat. „Paul Ward’s World” to kurs dla dzieci 9-12-letnich, które potrafią już trochę czytać i pisać po angielsku. A dla nastolatków mamy Teen English – kurs angielskiego z wątkiem sensacyjnym.

    Wszystkie kursy Helen Doron English opierają się na tych samych zasadach. Są to: naturalna nauka języka, zajęcia w małych grupach, pozytywne wzmocnienia, słuchanie płyt w domu, inne aktywności edukacyjne, organizowane przez kreatywnych nauczycieli.

    Uczenie się w małych grupach pozwala na indywidualne podejście oraz interakcję z rówieśnikami w czasie swobodnego porozumiewania się po angielsku.

    Zapisz się na bezpłatną lekcję pokazową

  • Wspaniałych, niezapomnianych i bezpiecznych wakacji!

    Przez czas wakacji też możecie się świetnie bawić z angielskim. Poniżej pięć pomysłów na dobrą zabawę do wykorzystania wszędzie – na plaży, w podróży, pod namiotem.

    1. Śpiewanie piosenek. Zapraszamy na nasz Helen Doron Song Club. Dzieci uwielbiają śpiewać, oglądając nasze wesołe filmiki. Melodie wpadają w ucho, słowa same wchodzą do głowy, a filmy z pewnością spodobają się najmłodszym. Śpiewanie to doskonały sposób, by dzieci w naturalny sposób uczyły się angielskiego. Nie skupiają się ani na gramatyce ani na budowie zdań, co nie znaczy, że się nie uczą. Uczą się dzięki każdej piosence, poznają nowe słowa, zapamiętują konstrukcje gramatyczne. W zrozumieniu słów pomaga im filmik stworzony specjalnie na potrzeby piosenki.

     

    1. Gry. Pamiętacie naukę ortografii, kiedy w kółko powtarzało się słowa, aby je wyryć na pamięć? W ogóle nie brzmi to jak dobra zabawa. Dlatego właśnie nasza platforma internetowa z grami – Kangi Club – pomaga dzieciom uczyć się angielskiego w towarzystwie Joey’ego, Didi i Flupe’a – bohaterów naszych kursów. Każda gra to nowe wyzwanie, nauka słówek oraz używania ich w różnych kontekstach. Dziecko słyszy dane słowo i łączy je z odpowiednim obrazkiem. Memory, dopasowywanie obrazków i wiele więcej zabaw rozwija ich słownictwo dzięki dobrej zabawie. To przeciwieństwo odrabiania pracy domowej. To dobra zabawa!
    2. Zabawy z Flupem. Tak, jak w każdym języku i w angielskim, nauczenie się poprawnej wymowy jest kluczem do efektywnej komunikacji. Angielski nie jest językiem fonetycznym (słów nie wymawiamy tak, je zapisujemy), większości słów nie wymawia się zgodnie z ich zapisem. Aplikacja Fun with Flupe to prosty i ciekawy sposób, by zapoznać dzieci z angielskim. Dziecko słyszy słowo, widzi jego zapis oraz przedstawiający je rysunek, który pomaga mu w zapamiętaniu go. Nawet dzieci w wieku od 2 do 5 lat z łatwością nauczą się pierwszych angielskich słówek. Aplikacja do pobrania na Google Play lub iTunes.
    3. Nauka czytania. Wyobraź sobie, że dziecko uczy się, jak czytać krok po kroku, w swoim własnym czasie i tempie. To jest możliwe z aplikacją Helen Doron Read, przeznaczoną dla dzieci od 5 do 9 lat. Interaktywni bohaterowie sprawiają, że dziecko jest zaangażowane w historię i z zainteresowaniem śledzi ich losy. Ponadto słyszy poprawną wymowę, widzą jego zapis i mogą powtarzać słowa lub zdania tyle razy, ile chcą. Nie ma prostszego sposobu, by dzięki rozwijaniu słownictwa budować także pewność siebie i motywację.

    Kurs Helen Doron Read jest podzielony na osiem poziomów, każdy zawiera cztery książeczki z historyjkami. Pierwsze trzy książeczki to „read-to-me stories” („poczytaj mi”). Historie są czytane, a dziecko śledzi tekst. Czwartą książeczkę dzieci potrafią przeczytać już same, ponieważ powtarza się w nich słownictwo z tych trzech właśnie przeczytanych. Dziecko może także nagrać swoje czytanie, a nagranie ponownie odsłuchać. Z Helen Doron Read dzieci mogą uczyć się czytać dosłownie wszędzie i o każdej porze. Wystarczy ściągnąć tę aplikację z Google Play albo iTunes.

    1. Słuchanie radia. Dla nastolatków uczących się angielskiego polecamy nasze Teen Buzz Radio. Odkąd pojawili się Beatlesi, muzyka łamie wszelkie bariery, jednoczy świat. Nie ważne, czy mieszkasz w Budapeszcie, Berlinie czy Bangkoku dzisiejsi artyści tworzą muzykę, która przenika kulturowe bariery. Teen Buzz Radio gra muzykę, którą uwielbiają nastolatkowie. Muzyka jest połączona z chatami oraz audycjami takimi jak: Weird News, Celebrity Gossip and Sports – odpowiednimi dla młodych ludzi, którzy uczą się angielskiego, oraz rozwijają swoje horyzonty. Aplikacja do ściągnięta z Google Play oraz iTunes.

    DO ZOBACZENIA WE WRZEŚNIU!!!

     

  • Nowy kurs Helen Doron English – Alphaboat

    Alphaboat to nowy kurs Helen Doron English, w którym tytułowy bohater – Alphaboat wraz z przyjaciółmi przeżywają ekscytująca przygody. Kurs przeznaczony dla dzieci w wieku od 5 do 8 lat. Program obejmuje 16 piosenek i 8 wciągających, oryginalnych odcinków animowanych. Uczniowie spotykają w nich znanych i lubianych bohaterów: Polly the Collie i Nat the Cat, i uczą się 1200 nowych słów, nabierają pewności w czytaniu, pisaniu i mówieniu po angielsku. W miarę rozwoju akcji uczniowie poznają znaczenie przyjaźni i innych ważnych wartości życiowych.

    Wprowadzone w czasie zajęć piosenki, ćwiczenia i zabawy sprawiają, że nauka języka staje się łatwa i przyjemna

    Wszystkie materiały anglojęzyczne do tego poziomu, używane do codziennego słuchania w domu, są dostępne online. Jest to wyjątkowy kurs zintegrowany ze specjalnie przygotowaną do nauki języka aplikacją – AlphaChat. Zeszyt ćwiczeń jest opcjonalnym dodatkiem do kursu dla uczniów z podstawowymi umiejętnościami czytania i pisania.

    Kurs jest przeznaczony dla nowych i kontynuujących naukę metodą Helen Doron uczniów.

  • Angielski na całe życie

    Słowackie rodzeństwo – Noah lat 10 oraz jego siostra Elina lat 6 – uczą się od kilku lat metodą Helen Doron English. Ich mama Anita mówi, że ona i inni rodzice są bardzo zadowoleni z wyboru tej metody. „Zajęcia są oparte na nowoczesnym podejściu do nauczania, odpowiadają umiejętnościom i wiekowi dziecka, a metoda przynosi rezultaty.”

    Rodzeństwo uwielbia przychodzić na lekcje. Widać bardzo dużą różnicę między dziećmi, które uczą się w szkole Helen Doron, a tymi, które tu nie chodzą. „Noah zauważył, że w czasie zajęć metodą Helen Doron bierze aktywniejszy udział. Zawsze jest czas, żeby zabrał głos, a lektor go wysłuchał. Jest też bardzo dużo nauki poprzez doświadczanie (uczenie się przez gry, zabawę, muzykę…)”

    Anicie i jej mężowi szkołę Helen Doron polecili znajomi. A teraz oni rekomendują ją kolejnym osobom, ponieważ są zadowoleni. Anita podkreśla, jak ważna jest obecnie znajomość angielskiego. „Angielski to obecnie globalny język, można się nim porozumiewać z całym światem. Otwiera wiele drzwi, po prostu nie można dziś go nie znać. Metoda Helen Doron naprawdę działa. Dzięki sprawdzonej metodzie i dobrze wyszkolonym lektorom Twoje dziecko z pewnością nauczy się angielskiego.”

  • Czy dwie godziny angielskiego w szkole wystarczą, żeby dziecko nauczyło się języka?

    Artykuł autorstwa Barbary Góralczyk – psycholożki, korepetytorki z zamiłowania. Z pasji – redaktorki i felietonistki. Zawodowo związanej z branżą HR. Miłośniczką ludzkiego mózgu, jego właściwości i ograniczeń, psychologii poznawczej oraz neurobiologii. Ambasadorki świadomego wychowywania dzieci, edukacji poprzez doświadczenie oraz otwartej komunikacji.

     

    Jeśli wychodzimy z założenia, że szkolne lekcje języka obcego zagwarantują dziecku osiągnięcie płynności językowej, możemy być zawiedzeni. Zgodnie z podstawą nauczania w polskich szkołach podstawowych, na zajęcia z pierwszego języka obcego przewidziane są dwie (w klasach I-III) lub trzy (w klasach wyższych) godziny lekcyjne tygodniowo. Czy to wystarczająca ilość czasu na efektywne przyswojenie języka?

    Szkolna rzeczywistość

    90 minut zajęć z angielskiego w tygodniu to z jednej strony całkiem dużo, ale w praktyce wcale nie oznacza 90 minut aktywnej nauki języka. 45- minutowa jednostka lekcyjna musi pomieścić czynności administracyjne – sprawdzanie obecności, wpisanie tematu czy oddanie kartkówek, odpowiedź ustną lub inną formę sprawdzenia wiedzy. Czasu na przeprowadzenie ćwiczeń językowych i przekazanie wiedzy pozostaje dużo mniej, niż wynika to z teorii. Do tego dochodzi liczebność grup – to kolejny czynnik, który wpływa na efektywność uczenia się języka. Praktyka pokazuje, że im mniejsza grupa dzieci, tym szansa na aktywny udział w lekcji wzrasta. Zgodnie z tą ideą wiele szkół decyduje się dzielić klasy na grupy językowe, co zdecydowanie ułatwia dzieciom uczenie się, a nauczycielom wybór takich metod, które umożliwiają zaangażowanie wszystkich uczniów.

    Niestety, często przeszkodą trudną do pokonania jest ilość materiału, którą zgodnie z podstawą programową powinni przyswoić uczniowie, a także konieczność oceny ich postępów. Z rozmów z nauczycielami szkół systemowych wynika, że ilość materiału przekracza możliwości przekazania go w sposób aktywizujący i angażujący każdego ucznia. Trudno również oczekiwać, że dzieci w tym samym stopniu zapamiętają wszystkie informacje zasłyszane podczas lekcji. Ich wiedza i postępy są natomiast sprawdzane systematycznie (w formie sprawdzianów i testów) po przerobieniu danej partii materiału. Taka organizacja pracy wymusza dodatkową pracę dzieci w domu – niekoniecznie w celu ćwiczenia umiejętności językowych, ale po to, by zaliczyć test.

    Taka nauka siłą rzeczy nie może być skuteczna z dwóch powodów:

    1. Im większą partię materiału dziecko przyswoi naraz, tym więcej zapomni

    Wyobraźmy sobie, że dziecko uczy się dużej ilości materiału naraz. Bezpośrednio po zakończeniu nauki zapewne jest w stanie przypomnieć sobie większość zapamiętanych informacji. Dzieje się tak, ponieważ materiał ten znajduje się w obszarze pamięci krótkotrwałej (to tzw. efekt świeżości, gdy najlepiej zapamiętywane są nowe informacje). Niestety, podczas konsolidacji wiadomości do pamięci długotrwałej ilość informacji (przy założeniu, że ich nie powtarzamy), znacząco spada. Potwierdzają to badania Hermanna Ebbinghausa, który opracował tzw. krzywą zapominania. Zauważył on, że największy ubytek w ilości zapamiętanych informacji następuje krótko po zakończeniu nauki. Już następnego dnia pamiętamy tylko połowę informacji, a dwa dni później tylko 25%.  Dziecko zdaje test następnego dnia, jednakże parę dni później w pamięci nie pozostaje wiele z przyswojonych wcześniej informacji. Efekt – piątka w dzienniku, ale brak postępów w realnej nauce języka.

    2. Mózg potrzebuje powtórek do efektywnej nauki języka

    Każda kolejna powtórka materiału przyczynia się do utrwalenia połączeń nerwowych, a tym samym do zachowania informacji na dłużej i łatwiejszego wydobywania jej z pamięci. Wynika to z mechanizmów kierujących uczeniem się: przypominanie informacji jest dużo skuteczniejsze w utrwalaniu śladów pamięciowych, niż zapamiętywanie ich od zera. Dlatego systematyczne powtarzanie małych partii materiału oraz częsty, regularny kontakt z językiem są tak niebywale istotne w procesie nauki.

    Po kilku dniach bez kontaktu z językiem, zgodnie z krzywą zapominania, tracimy większość nabytej wiedzy. Oznacza to, że po takiej przerwie zasiadamy do nauki tak, jakbyśmy po raz pierwszy rozpoczynali naukę tego materiału. Kiedy natomiast stosujemy powtórki, wykonujemy wysiłek intelektualny (zwłaszcza jeśli dodatkowo stosujemy różne metody graficzne czy skojarzeniowe), dzięki czemu wzmacniamy połączenia i przyczyniamy się do utrwalenia informacji w naszej pamięci.

    Przeczytaj także: 4 warunki efektywnej nauki języka w szkole

    Work smart, not hard!

    Skuteczna nauka języka obcego zawiera się w stwierdzeniu: „Work smart not hard”. Dzięki wiedzy o procesach poznawczych i regułach rządzących zapamiętywaniem informacji, jesteśmy w stanie mądrze i skutecznie uczyć dzieci języka obcego.

    Jak skutecznie uczyć dzieci języka obcego? Przede wszystkim:

    1. wcielić w życie zasadę: „więcej nie znaczy lepiej” i karmić dzieci mniejszą ilością materiału;
    2. zadbać o systematyczność i ćwiczyć pamięć, czyli zapewnić dzieciom dostęp do języka najczęściej, jak to możliwe, w jak najmniejszych odstępach czasowych, np. poprzez wspólne czytanie (prostych) książek w języku angielskim, oglądanie bajek w oryginale, słuchanie muzyki, podcastów lub anglojęzycznego radia dla nastolatków, inscenizowanie scenek, a także angażujące zabawy i gry. Przeczytaj także: 8 zabaw po angielsku dla przedszkolaka;
    3. jeśli to możliwe, stosować metodę zanurzenia w języku, czyli prowadzić zajęcia, lekcje, zabawy w całości w języku angielskim;
    4. pamiętać, że mózg nie lubi nudy, dlatego im więcej różnych metod, skojarzeń, zabaw i aktywności – tym lepiej.

    Przeczytaj także: Jak skutecznie uczyć się języka obcego? Jedyne przy współpracy ze swoim mózgiem!

    Według ramowych planów nauczania obowiązujących w polskich szkołach szacowany poziom znajomości języka obcego po zakończeniu ósmej klasy szkoły podstawowej (czyli po ośmiu latach nauki języka) to A2+. Czy zatem dwie godziny tygodniowo angielskiego w szkole wystarczą, by efektywnie uczyć dzieci języka? Raczej nie. Jeśli jednak potraktujemy naukę języka w szkole nie jako jedyne, ale jedno z wielu źródeł kontaktu z językiem, możemy w skuteczny sposób podnieść efektywność nauczania.

  • ODPOWIEDZI NA PIĘĆ CIEKAWYCH PYTAŃ O ROZWÓJ MOWY MAŁEGO DZIECKA

    Dawno, dawno temu – kiedy Pierworodna była małym człowiekiem, miałam takie straszne zmartwienie, że moje dziecko za… dobrze mówi. Bo wiecie – ona nie potrafiła jeszcze chodzić, a już kleciła pierwsze zdania i to takie typu „mamusiu jestem głodna, daj mi bułeckę” a nie „mama am”. Zrobiłam więc to, co każda matka zrobiłaby na moim miejscu… zabrałam ją do neurologa i powiedziałam „ratuj pani moje dziecko, coś z nim nie tak, ono za dobrze mówi – w internecie wyczytałam, że to może być przejaw jakiegoś zaburzenia”. Ogromnie żałuję, że moje zdolności literackie nie są tak dobre, by opisać słowami minę pani doktor po tym, jak opowiedziałam o swoich obawach. To była tak niebywała mieszanina szoku, niedowierzania, rozbawienia, współczucia, pogardy i generalnego „a ta z której choinki się urwała”, że można ją zobaczyć na twarzy innego człowieka chyba tylko raz w życiu.

    Podziękowałam więc grzecznie za sugestię bym udała się do lekarza o nieco odmiennej specjalizacji i sprawdziła co jest nie tak, ale ze mną, bo z dzieckiem jest na pewno wszystko w porządku, zabrałam rzeczone dziecko pod pachę i postanowiłam się nie martwić. Nie żeby wyszło, bo kto matce zabroni się martwić, ale przynajmniej próbowałam. 😉

    Młoda miała wówczas 16 miesięcy, a my mieszkaliśmy w innej części miasta i zaraz pod domem mieliśmy szkołę angielskiego Helen Doron English – stwierdziłam więc, że w takim razie pójdę tam z nią i ją zapiszę, bo jak i tak już tyle gada i mi tym siwych włosów dodaje (opinia neurologa mnie wcale nie uspokoiła!), to niech chociaż gada w dwóch językach. A że akurat był koniec roku szkolnego, to umówiłam się, że wbijemy na zajęcia we wrześniu. Przy czym ja uparłam się, by ze względu na jej wygadanie dopisali nas do grupy nieco starszej, niźli przypisana byłaby gdybyśmy trzymali się jej wieku. Był to jak się później okazało dobry wybór – młoda znakomicie odnalazła się w grupie, z którą potem chodziła jeszcze dwa lata, czyli aż do momentu naszej przeprowadzki. Dziewczę zajęcia bardzo lubiło – były dla niej fajną zabawą i jedyną szansą na kontakt z dzieciakami w zbliżonym wieku, bo jako dziecię nieżłobkowe i niechodzące do żadnego klubu malucha, miała kontakt z rówieśnikami znikomy.

    Kiedy więc ktoś od Helen Doron English zgłosił się do mnie z propozycją stworzenia dla was fajnego merytorycznego wpisu, w którym napiszę przy okazji kilka zdań o szkole – pomyślałam, że czemu nie – w końcu szkołę i jej metody znamy, lubimy i mamy z niej bardzo fajne wspomnienia (i to nie tylko z zajęć, ale też choćby z organizowanych regularnie różnych imprez dla dzieci), ba, sami możecie sprawdzić co 5 (!) lat temu pisałam o zajęciach TU na blogu. A że przy okazji pozwolono mi na pełną dowolność w doborze tematu, to pomyślałam, że wyszukam dla was najciekawsze badania na temat rozwoju dziecięcej mowy. Bo to fascynujące.

    Czy dzieci płaczą w różnych językach i akcentach?

    Tak! Dzieci jeszcze w odmętach wód płodowych podłapują pewne cechy charakterystyczne dla języka ojczystego ich matki i to do tego stopnia, że potem czułe analizy badaczy są w stanie wychwycić subtelne różnice w płaczu noworodków. Porównywano przy tym nie tylko płacz maluchów z tak odległych i językowo, i geograficznie, krain jak Chiny i Kamerun, ale też leżących nieco bliżej i niebrzmiących dla europejskiego ucha aż tak drastycznie różnie i egzotycznie języków – jak np. francuski i niemiecki. W każdym z tych badań zauważono pewne różnice w „melodii” płaczu małych ludzi. Takie małe stworzenia z jeszcze mniejszymi uszkami, a takie subtelne różnice chwytają!

    Czy dziewczynki mówią szybciej niż chłopcy?

    Prośbę o rozprawienie się z tym twierdzeniem dostałam niedawno od jednej z czytelniczek i pomyślałam, że to wyborny pomysł. Bo sama słyszałam to zdanie wielokrotnie, ale jakoś nie wpadłam na to, by to sprawdzić. Nasz średni syn mówił co prawda nieco później niż jego siostra, ale po pierwsze to nie było trudne, bo ona pobiła wszelkie znane mi i nie tylko mi rekordy, po drugie on i tak mówił szybko, jak na obowiązujące normy. Pogrzebałam więc w bazach i okazało się, że twierdzenie to nie jest pozbawione podstaw.

    Z danych do których dotarłam wynika, że dziewczynki zwykle szybciej mówią pierwsze słowa, zdania i mają bardziej zróżnicowanie słownictwo na tych pierwszych etapach werbalnej komunikacji niźli chłopcy w tym samym wieku. ALE. To nie oznacza, że chłopcy są „opóźnieni”, bo nie są. Różnica wynosi ledwie kilka miesięcy (średnio oczywiście) i nie zmienia faktu, że chłopcy również zaczynają mówić w okresach wyznaczonych przez pewne ramy czasowe rozwoju mowy. Po prostu jeśli przykładowo założymy, że zakres świadomego mówienia mama/tata przypada gdzieś między 9 a 14 miesiącem życia – to dziewczynki będą miały tendencję do trzymania się bliżej początku zakresu, a chłopcy bliżej końca. Średnio oczywiście. Dlatego jeśli ramy czasowe na osiągnięcie pewnych kamieni milowych rozwoju mowy minęły, to nie powinniśmy jednak mówić „że to chłopiec, a chłopcy mówią później” i olać sprawę, tylko udać się do specjalisty, który oceni, czy potrzebna jest jakaś interwencja, czy jeszcze jest ok.

    A to kolejna zabawa w szkole Helen Doron English – młoda tu nawet dwóch lat jeszcze nie ma, ale fioletowy kochała najwyraźniej od zawsze 😉

    Czy pierworodne dzieci mówią lepiej i wcześniej niż kolejne dzieci?

    Taka teoria też po świecie krąży i wbrew pozorom nie jest całkiem od czapy, bo często uzasadnia się ją tym, że dla pierwszego berbecia rodzice mają masę czasu, rozmawiają z nim, czytają, a drugie, no wiadomo – jest drugie. 😉 Badania jednak tego nie potwierdzają – tzn. owszem w jednym zauważono, że pierworodni wcześniej osiągają próg pierwszych 50 słów niż kolejne dzieci w rodzinie, ale po przekroczeniu tego progu już różnic nie obserwowano. Ba, starsze rodzeństwo może szkolić mowę w innych zakresach, bo w niektórych badaniach wykazano przykładowo, że ci kolejni wypadają lepiej w zakresie używania pewnych części mowy (np. zaimków) i mają lepsze umiejętności konwersacyjne. Także jeśli macie wyrzuty sumienia, że z młodszym nie wchodzicie w tyle interakcji werbalnych co ze starszym, to może odpuście – interakcje w jakie wchodzą starszy z młodszym też są cenne i ważne w życiu 😉

    Czy telefon przeszkadza w poznawaniu nowych słów?

    Dużo się teraz mówi o rozproszonym (przez nowe technologie) rodzicielstwie i z jednej strony dobrze, a z drugiej bardzo mnie to gnębi, bo zwykle w tych dyskusjach wszystko jest albo białe albo czarne i nie daje rodzicowi czasu na robienie dorosłych rzeczy, a zamiast tego naciska by każdą chwilę spędzać z dzieckiem i poświęcać jemu i tylko jemu. Daleka jestem od tego ostatniego, denerwują mnie narzekania na matki co na placach zabaw siedzą z telefonem w rękach zamiast z zachwytem patrzeć jak dziecko się huśta, ale mam taką koncepcję, że dobrze jest wprowadzić podział. To znaczy jak już bawimy się z dzieckiem to się bawimy bez telefonu po to żeby potem móc sobie z tym telefonem spokojnie posiedzieć. I w tym kontekście znalazłam ciekawe zadanie w którym matki miały w określonym czasie (60 sekund) nauczyć swoje dwuletnie dzieci dwóch nowych słów. Szkopuł w tym, że w trakcie uczenia jednego z nich niedobre naukowce przerywały naukę dzwoniąc na matczyny telefon (czas na nauczenie nowego słowa oczywiście wydłużono o czas rozmowy). Cóż się okazało? Ano że dzieci nauczyły się jedynie tego słowa, którego nauki nie przerwano telefonem. I to mimo tego, że w obu wypadkach ilość powtórzeń słowa i czas przeznaczony na naukę były identyczne.

    Oczywiście to tylko jedno badanie i nie ma co tego przekładać na codzienne życie z maluchem ani tym bardziej jego zasób słownictwa, bo przecież i tak nie mamy wpływu na to kiedy nam telefon zadzwoni, już nie mówiąc o tym, że mowy uczy się cały czas, a nie w określonym czasie w laboratorium, ale jednak jest w tym badaniu coś na tyle intrygującego, że chciałam się nim z wami podzielić.

    Czy rozmawianie z niespełna dwulatkiem może wpływać na to co będzie 10 lat później?

    Pod koniec zeszłego roku opublikowano wyniki jednego z najdłużej chyba trwających badań nad tym czy istnieje jakiś związek pomiędzy językiem jakiego używamy w interakcjach z dzieckiem w drugim roku jego życia, a jego późniejszymi osiągnięciami. W badaniu tym dzięki urządzeniom, które można porównać do popularnych krokomierzy – tylko w tym wypadku pomiarom i automatycznej analizie podlegała ilość słów wypowiadanych przez rodzica oraz częstotliwość wymiany zdań (aka konwersacji) między dzieckiem i rodzicem w ciągu dnia – zauważono, że ilość słów jaką wypowiadamy do dziecka jest oczywiście ważna, ale nawet ważniejsze, jest to by z nim konwersować, rozmawiać, traktować jak równorzędnego partnera do dyskusji nawet jeśli jest jeszcze tylko małym człowiekiem. Stwierdzono bowiem, że im częściej dochodziło do takich zwrotów konwersacyjnych między rodzicem a dzieckiem w wieku ledwie 18-24 miesięcy, tym lepiej wypadały dzieciaki calutkie 10 lat później w testach sprawdzających ich umiejętności nie tylko językowe, ale też kognitywne. Badanie to obiło się zresztą szerokim echem w kręgach eksperckich, bowiem wykazanie, że werbalne interakcje rodzica z dzieckiem we wczesnym dzieciństwie mogą być potencjalnym prognostykiem tego jak będzie radziło sobie dziecko z ważnymi umiejętnościami dekadę później ma spore implikacje dla rekomendacji dla rodziców i opiekunów.

    Bo choć świadomość tego że mówienie do dzieci jest ważne jest duża, to świadomość tego by mówić nie tylko do nich, ale też – mówić z nimi (czytaj rozmawiać) jest nieco mniejsza.

    Pamiętajmy więc by nie tylko zalewać dziecko mową, ale też dać mu okazję na odpowiadanie i poczekać na jego reakcję. Bo komunikacja opiera się na dwóch stronach – monologi są spoko, ale w teatrze 😉 Co więcej tę zmianowość i czekanie na odpowiedź – można wprowadzić już od początku – gdy dziecko jeszcze tylko głuży albo gaworzy. Gdy wstanie a my spytamy „wyspałeś się”, czekamy chwilę na odpowiedź – gdy powie „aguu” – my mówimy „naprawdę? To super”. Ba! Możemy próbować w tym co dzidzia mówi odnaleźć analogie do prawdziwych słów i wykorzystać to w konwersacji i tak gdy czteromiesięczniak zacznie nagle mówić „tatatata baaa” to możemy powtórzyć „Tata? Tata jest teraz w pracy”. Takie konwersacje wejdą nam szybko w krew i zaowocują później. Są na to badania 😉

    A gdybyście chcieli dorzucić do tego konwersacje po angielsku to pamiętajcie, że można się pouczyć choćby w szkołach Helen Doron English 😉

    Wpis autorki bloga https://mataja.pl.