Kierowniczka, kangurzyca i lwica na placu zabaw

Nie bywałam wcześniej na placach zabaw. Nie miałam zielonego pojęcia, jakie teraz panują tam reguły. Jedyne, co pamiętałam z własnego dzieciństwa to to, że dzieci siedziały tam głównie same, a matki jedynie wyglądały przez okna i od czasu do czasu wołały je do domu. Jeśli ktoś się z kimś pokłócił, lub nie chciał dalej bawić, rozwiązywało się ten problem samemu. Ewentualnie straszyło się mamą lub w ostateczności tatą, mówiąc „Zaraz powiem wszystko mojej mamie”.

Nawet wołało się rodziców, ale oni zwykle ignorowali to podwórkowe darcie się. A jak już wyjrzeli z okna, to tylko machali ręką, że mają inne sprawy na głowie niż nasze chwilowe niesnaski. I tak było. Kolejki w sklepach, polityczne zawirowania, czyli ciężki sprawy bytowe wypełniały im czas. Dzieci owszem były ważne, ale nie ustalano planu dnia pod ich potrzeby.

 Teraz będąc na placu zabaw miałam wrażenie, że wszystko stanęło na głowie. Place zabaw ładniejsze, ciekawsze, porządniejsze. Zwykle mają dwie strefy: dla maluchów i dla starszaków. Maluchy bawią się w wielkiej piaskownicy, która przypomina plażę. A dzieci starsze mają mini park linowy. Mogą się wspinać, zjeżdżać z wysokości, huśtać na różnych sprzętach, z czego zwykła huśtawka jest najnudniejsza. Słowem plac zabaw, o jakim moje pokolenie mogło jedynie pomarzyć. To plus.

 To, co jest nowego, to matki, ojcowie, dziadkowie, którzy nadzorują dzieci. Ja wybrałam się na plac zabaw z dziećmi z półkolonii. Miałam zaledwie czwórkę pod opieką. Dzieci chciały się bawić w gotowanie. Strefa dla maluchów wydawała się być najlepsza. Jedna z mam, typ kierowniczki, od razu zauważyła, że moje dzieci są trochę starsze niż maluchy wokół. Mimo że stała tuż obok, odezwała się donośmy głosem „Takie duże dzieci nie powinny tu być.” Zdziwiłam się, ale nic nie powiedziałam. Słowa nie były skierowane do mnie.

Po chwili jeden z moich chłopców usypywał coś z piasku w domku, z którego był dostęp na zjeżdżalnię. Ta sama mama-kierowniczka od razu zwróciła mu uwagę „Czemu tu piasek sypiesz? Kto to posprząta?” Jako że piasek był wszędzie, ja nie widziałam problemu. Chłopiec po skończonej zabawie, wygarnął piasek z domku (sam z siebie), o czym powiedział mamie-kierowniczce.

 Ponieważ opiekunowie są zaraz obok, dzieci zwracają się do nich co chwilę z prośbą o rozwiązywanie konfliktów. „Bo on się nie chce ze mną bawić”, „bo ona mi tu psuje”, „nie chcą się ze mną podzielić”, i tak bez końca. Kiedy się siedzi obok i mimochodem tego słucha, ma się serdecznie dość.

 Rodzice z kolei jeśli usłyszą kłótnię między dziećmi od razu się w nią angażują. Stając oczywiście po stronie swojego dziecka, która w ich mniemaniu zawsze jest tą bardziej poszkodowaną stroną. Wtrącają się więc w dziecięce rozmowy i przemarzania. Zwykle matki. Matki lwice.

Jeśli jeden chłopiec zaczepi drugiego, a ten drugi mu odda, matka lwica wkracza do akcji, by swoje młode obronić. Nie ważny wtedy staje się najprostszy pod słońcem fakt, że nie wolno się bić. Prawie nigdy nie sposób ustalić, kto pierwszy zaczął. Zresztą to nie jest ważne. W tym całym zamieszaniu umyka nam fakt, że nie wolno się bić, trzeba rozmawiać.

 I ostatni typ matki – matka kangurzyca. Najchętniej schowałaby swoje młode w kieszeń, żeby nic im się nie stało. Chodzi za nimi krok w krok. Trzyma za ręką, nadzoruje wchodzenie na każdą drabinkę, usypuje z dziećmi babki z piasku. Mama kangurzyca nie daje chwili oddechu swoim dzieciom. Jest za nim, przed nim, wyprzedza każdy jego krok i każdą myśl.

Mały kangurek nie ma szans, by spróbować własnych sił i przekonać się, na co go stać. W efekcie nie potrafi ocenić swoich możliwości. Nie wie, czy ta drabinka będzie dla niego zbyt duża, zbyt trudna, czy akurat w sam raz. Mama czuwa, mama wie lepiej. Kangurzyca nie ufa instynktom swojego dziecka. A dzieci przecież zazwyczaj potrafią ocenić swoje możliwości. Jeśli drabinka wyda im się za wysoka, nie wejdą.

 Dajmy dzieciom więcej wolności. Niech same próbują rozwiązać swoje konflikty. W dorosłym życiu nieuchronnie je to czeka. Dlatego lepiej wcześniej zacząć ćwiczyć. Młode muszą mieć trochę swobody. Nauczą się wtedy podejmować własne suwerenne decyzje. Rodzice zaś będą mieli więcej wolnego czasu i będą mniej znerwicowani.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.