KTO URATUJE MARZANNĘ?

 

Marzanna jest w beznadziejnej sytuacji. Jej los jest przesądzony: musi zginąć… Tak nakazuje tradycja i koniec. „Topienie Marzanny” – symbolu zimy – jeśli się nad tym zastanowić, jest obrządkiem raczej okrutnym. Dziecięcy orszak wiedzie nad rzekę słomianą kukłę przypominającą kobietę. Tam najpierw się ją podpala, a potem wrzuca w lodowatą toń. Towarzyszą temu radosne śpiewy i gaik-maik witający wiosnę.

 

Kto nie topił Marzanny? Sama pamiętam z czasów kiedy byłam małą dziewczynką, jak 21 marca gromadnie szło się przez całe miasto w kolorowym pochodzie i nad rzeką ukatrupiało złą zimę. A delikwent, który miał to szczęście i trzymał kukłę – mógł czuć się lepszy od innych. Mógł, bo i cała reszta szczerze zazdrościła wybrańcowi Pani Nauczycielki. Oczywiście „topienie Marzanny” bawi jedynie najmłodszych – takich w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym. Starsi z utęsknieniem czekają na pierwszy dzień wiosny raczej ze względu na inną tradycję: Dzień Wagarowicza. Niemniej jednak, jak świat światem, młodsze dzieciaki piszczą z radości na okoliczność zgładzenia Marzanny. I jakoś nigdy nie przyszło mi nawet do głowy, że właściwie to ten zwyczaj – choć stary jak cała słowiańszczyzna – jest straszny i scenariusz ma jak z horroru. Moja młodsza córka, która na Marzannie „zjadła zęby” i właściwie mogłaby być w tej kwestii ekspertem, zaserwowała nam jeszcze jedną ciekawostkę, o której nie mieliśmy pojęcia. Otóż, zgodnie z przesądem, pływającej Marzanny nie można dotknąć, bo… po takim dotyku uschnie ręka. I w ogóle, jak już się wrzuci tę nieszczęsną zimę do wody, trzeba jak najszybciej odejść – nie odwracając się, bo Marzanna może rzucić zły czar i potem można się na przykład rozchorować. Że o innych strasznościach nie wspomnę.

            – Skąd to wiesz? – zapytałam.

           – Pani nam opowiadała i potem dziewczyny mówiły, że to prawda. Bo jedna taka Ania z osiedla, jak w zeszłym roku dotknęła Marzanny to potem była w szpitalu i rodzice musieli wydać dużo pieniędzy na leczenie.

Mała opowiadała z takim przejęciem, że aż dostała wypieków. Ja właściwie też, ale raczej z niedowierzania. Oczywiście potęga dziecięcej wyobraźni jest wielka i jakiekolwiek próby racjonalnego wytłumaczenia słowa „tradycja” w takiej sytuacji należy sobie darować: mądrala nie dała się przekonać i została przy swoim. W końcu „Pani” jest większym autorytetem, niż mama czy tato – i to też z pokorą trzeba zaakceptować.

Starsze dzieci są już bardziej racjonalne i głębiej osadzone we współczesnej rzeczywistości:

            – A ja uważam, że Marzannę trzeba w końcu uratować. I nawet można by było jakąś fajną pikietę w jej obronie zrobić – stwierdził nastoletni syn.

            – Spoko pomysł. To nawet mogłoby nieźle chwycić – wtórowała mu starsza siostra.

Włos zjeżył mi się na głowie, bo oto wyobraziłam sobie, jak młodszej córce od dotknięcia Marzanny usycha ręka, a starsze dzieci trafiają do aresztu za zorganizowanie nielegalnej manifestacji… Postanowiłam, że w tym roku, w swojej szkole ani słowem nie wspomnę o staropolskich tradycjach związanych z pierwszym dniem wiosny. Szukałam w Internecie czy w innych krajach też czaruje się wiosnę w klimacie gore. Nic nie znalazłam. Może po prostu obcokrajowcy przechodzą nad faktem jej nadejścia do porządku dziennego: ot, przyszła i jest. A zima odeszła i nie ma na to rady 🙂

.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.