Reagowanie w sytuacjach kryzysowych

Zaimponował mi ostatnio jeden z rodziców moich uczniów. I to mężczyzna! Ojciec! Nie chcę przez to powiedzieć, że „faceci są jacyś gorsi”, ale! Pierwszy raz uczestniczyłam w takiej rozmowie. Nie zakładam z góry, że takich mężczyzn nie ma więcej. Po prostu częściej na angielski dzieci są przyprowadzane przez matki i to z nimi omawia się zachowanie dziecka.

Oczywiście ów ojciec mógł być psychologiem. Tego nie wykluczam. Albo już przerabiał taką sytuację i nauczył się odpowiednio reagować. Nie wiem, nie zapytałam. Najważniejsze jest dla mnie to, że i ja się czegoś ważnego nauczyłam!

Zwykle kiedy któreś z dzieci przeszkadza w zajęciach, staram się załatwić to sama. Wolę, żeby była to sprawa między mną a danym dzieckiem. Rodzice reagują bardzo różnie. Nie lubię, kiedy rodzice zaczynają: a bo panie w przedszkolu też to mówią. Wtedy wiadomo, co sobie dzieciak myśli – wszyscy mnie tak postrzegają, to taki będę. Gdzieś wyczytałam, że to jest tzw. mechanizm samospełniającej się przepowiedni. Albo od razu starszą karą. Mówią: oj, nie będzie dziś bajki, wyjścia na podwórko, etc. Niektórych reakcji wolę unikać.

Mam własną procedurę. Jest prosta: zwracam uwagę, co w jego zachowaniu mi się nie podoba; ustalamy, jak ma się zachowywać na zajęciach, żeby nie przeszkadzać ani reszcie grupy ani mnie; mówię, jakie będą konsekwencje odstąpienia od zasad. Zwykle działa. Ale są przypadki, kiedy nie działa. Wtedy idę do rodzica i rozmawiamy. Czasem tylko we dwoje, czasem też z dzieckiem. Zależy od sytuacji.

Cóż, najczęściej to ja popełniam błąd. Jestem tak zdenerwowana i zawiedziona, że moje sposoby nie działają, że od razu mówię do rodzica „syn/córka przeszkadza w lekcji”. Wrzucam nas w stresującą sytuację, nie przygotowując gruntu. Mało tego inni też to słyszą. Robi się mała sensacja. Rodzic się wstydzi, dziecko się wstydzi. I nawet jeśli idziemy gdzieś w oddaleniu porozmawiać, to te słowa już padły… A przecież mogę zacząć inaczej: czy możemy chwilę porozmawiać?

I tym razem tak było, bo trafiłam na mądrego ojca. Na moje słowa skierowane do ojca „syn przeszkadza w lekcji”, ojciec od razu zaproponował, żebyśmy porozmawiali gdzieś na osobności. Podkreślił, że nie chce zawstydzać syna. Poszliśmy do pustego pokoju. Ojciec siadł na krześle i wziął syna na kolana. W tym momencie nie zwróciłam na to uwagi. Dopiero potem analizując, uświadomiłam sobie, że i ja powinnam była usiąść. Dwoje dorosłych nie stoi wtedy nad dzieckiem jak oprawcy nad ofiarą. Wszyscy jesteśmy na jednym poziomie, z którego każdy ma szansę się wypowiedzieć.

Kiedy pomyślałam o wszystkich podobnych rozmowach, które do tej pory odbyłam, zdała sobie sprawę, że żaden rodzic nie tylko nie usiadł, ale też nie wziął dziecka na kolana. Dzięki tej prostej rzeczy, moim zdaniem, rodzic daje dziecku wsparcie, bo jest bardzo blisko niego. Myślę sobie, że wysyła też taki komunikat: kocham Cię, dlatego jestem blisko, ale nie zgadzam się na takie zachowanie, więc musimy wspólnie przejść przez tę ciężką sytuację, pomogę Ci.

Po krótkiej rozmowie, w czasie której (na całe szczęście!) odzyskałam wreszcie resztki mojego profesjonalizmu i rzeczowo powiedziałam, jakie zachowanie mi się nie podoba. Oczywiście obydwoje z ojcem pytaliśmy, skąd to zachowanie, jakie są przyczyny, etc. Na zakończenie ojciec, który ani razu nie użył, jakże częstego w podobnych sytuacjach sformułowania „wszyscy się na niego skażą, on już jest taki niegrzeczny”, powiedział, że teraz zostawia syna samego ze mną, bo on na pewno ma mi coś do powiedzenia. Dodał jeszcze, że syn jest już duży i na pewno potrafi tę sprawę załatwić sam.

Pierwszy raz mi się zdarzyło, żeby rodzic zostawił dziecko samo, aby naprawiło swoje błędy. Poza tym myślę, że przy rodzicu byłoby mu dużo trudniej. Nie jest łatwo przyznawać się do błędów, a co dopiero w obecności osób trzecich. Nawet jeśli tą osobą jest ktoś najbliższy.

Myślę, że i syn i ja wynieśliśmy niezłą lekcję. Czasem niedobre zachowanie, przynosi bardzo nieoczekiwane efekty!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.