Teoretyczna i praktyczna znajomość języka

Nie ma nic prostszego niż zamawianie lodów – pomyślałam zanim w ramach zajęć na półkolonii z językiem angielskim zorganizowałam kupowanie lodów w prawdziwej kafejce. Oczywiście kupowanie po angielsku.

Dzieci miały się sprawdzić. „Wyprowadzić” swoje językowe umiejętności z bezpiecznej sali lekcyjnej, gdzie czują się pewnie, do nowej przestrzeni. Miały mówić nie do nauczyciela, którego dobrze znają, a do kogoś obcego, kogo widzą pierwszy raz.

Aby mieć pewność, że wszystko pójdzie dobrze, przećwiczyliśmy dialogi przed wyjściem. Wszyscy mówili bez problemu. Poszło gładko. Mogłam być spokojna i zadowolona. Pomyślałam sobie nawet, że rodzice coś muszą wymyślać z tymi skargami, że niby dziecko za granicą nic się nie odzywa, a przecież uczy się angielskiego. Ma kontakt z językiem, słucha codziennie płyt, mówi na zajęciach. Co się więc dzieje w świecie poza szkolnym? – dziwili się oni, dziwiłam się i ja.

Poszliśmy do lodziarni. Wszystko przetrenowane. Dzieci podekscytowane, nie mogły już się doczekać lodów. Ustawiliśmy się w kolejce. Pani sprzedawczyni zapytała „Can I help you?” I nagle stało się to, o czym opowiadali rodzice. Dzieci, szczególnie te młodsze, stanęły jak wryte i nic nie powiedziały. Zupełnie jakby usłyszały język chiński, a nie angielski.

Zdziwiona poleciałam na początek kolejki, żeby im podpowiedzieć choć pierwsze słowo. I na szczęście dalej już jakoś poszło. Ale całe zdarzenie sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać, dlaczego tak jest. Skąd to nagłe zamurowanie i amnezja? Przecież zamawianie lodów to nie jest skomplikowana operacja językowa. Tym bardziej, że przećwiczona.

Prawdopodobnie chodzi o kontekst i poczucie bezpieczeństwa. Sala lekcyjna jest ich naturalnym środowiskiem, w którym mówienie po angielsku przychodzi im z łatwością. W sumie, jak sobie przypomnimy naszą własna naukę angielskiego, to okaże się, że z nami było podobnie. Rozmawianie w klasie nie sprawiało nam trudności, ale żeby odezwać się do jakiegoś obcokrajowca, to już było coś! Pamiętam moje pierwsze kontakty z ludźmi, z którymi mogłam się porozumieć tylko po angielsku. Najpierw w głowie układałam sobie całą przemowę, zastanawiałam się nad czasami, dobierałam słowa. We własnej głowie mówiłam doskonale! Ale kiedy się odzywałam… było jakoś koślawo. Nigdy nie byłam zadowolona, słysząc siebie mówiącą po angielsku. Ba! Mam to do dziś. Bo jak tylko coś powiem, to zaraz przychodzi mi do głowy pełno innych, w mojej opinii, lepszych słówek, zwrotów, konstrukcji.

I dzieci mają niestety tak samo. Nie wymagajmy od nich czegoś, czego sami nie potrafiliśmy przeskoczyć. Cieszmy się tym, że one przeżywają to mając lat kilka, a nie tak jak my – kilkanaście. Szybciej przejdą ten etap i z pewnością szybciej ruszą ze swobodnym mówieniem. Wystarczy trochę poczekać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.