Uwielbiam uczyć dyslektyków

Niektórym ludziom wydaje się, że z nauką języków jest jak z fast foodem. Szybko, bezproblemowo i przyjemnie. Przychodzę, zamawiam „Angielski dwa razy” (bo dla dwojga dzieci), płacę i gotowe. Niestety to tak nie działa. Nie wiedzą tego, ci którzy niezadowoleni przychodzą po roku nauki (zaledwie roku!) i mówią, że dziecko nic nie umie. Co to jest rok w nauce języka? To zaledwie początek. Nawet roczne dziecko nie potrafi mówić w swoim ojczystym języku! Ale w tym wypadku nie ma do kogo pójść i się poskarżyć, żądając zwrotu zainwestowanych pieniędzy.

Nauka języka to proces, który trwa latami. Najważniejsza jest systematyczność i wytrwałość. Dlatego właśnie uwielbiam uczyć dyslektyków. Uczniowie idealni! Czemu? Bo wiedzą, że bez pracy nie ma kołaczy, jak mówi ludowa mądrość. Mam oczywiście na myśli „zadbane” dzieci z dysleksją. Przez słowo „zadbane” rozumiem takie, które mają diagnozę i ciężko pracują, żeby mimo tej dysfunkcji wciąż uczyć się nowych rzeczy. Takie dziecko ma też świadomego rodzica, który nie ukrywa diagnozy przed nauczycielami. Nauczyciele z kolei stosują się do wytycznych pracy z dyslektykami.

Kiedy pracuję z dziećmi bez tego problemu, czasem mam wrażenie, że aby je czymś zainteresować i skutecznie dzięki temu nauczyć, musiałabym stanąć na głowie i zrobić salto. Mówię tu już o dzieciach starszych, które zaczynają świadomie uczyć się gramatyki i cóż… niektóre rzeczy muszą wyryć na pamięć. Nawet nie niektóre, a prawie wszystkie. Narzekają, że im się nie chce robić pracy domowej, zaglądać do książki, powtarzać słówek i regułek. A rodzice przychodzą do mnie i pytają, czy na zajęciach dalej może być tylko zabawa i same przyjemności, bo dzieci nie chcą chodzić. Jasne, że zabawa i przyjemność w nauce języka są ważne, ale na nich nie może opierać się cała lekcja. Podkreślam, że mam na myśli dzieci starsze, które zaczynają już pisać i czytać po angielsku.

Dzieci dyslektyczne natomiast wiedzą, że po prostu muszą się uczyć. Poświęcają na to mnóstwo czasu, choć efekty bywają niewielkie, a postępy robi się małymi kroczkami. Ich rodzice uczą się razem z nimi. Pomagają im, jak mogą. I nie pytają, czy zawsze może być przyjemnie i zabawnie, bo dobrze znają odpowiedź.

Przyznam szczerze, że długo nie rozumiałam tego schorzenia. Nie mieściło mi się w głowie, jak po tylu lekcjach i ciągłych tłumaczeniach można popełniać wciąż te same błędy. Teraz po latach pracy z dyslektykami widzę, że dysleksja, zgodnie z tytułem jednej z książek jej poświęconych, może być darem. Dyslektycy, jeśli tylko dać im szansę, czyli nie wyśmiewać, nie krytykować, a pomagać i wspierać, wyrastają na wyedukowanych, mądrych ludzi. Oni dobrze wiedzą już od najmłodszych lat, że ciężka praca się opłaca. I że do sukcesu wiedzie kręta droga. Wiele razy trzeba się potknąć, przewrócić nawet, żeby dojść tam, gdzie się chciało. Są uodpornieni na porażki i potrafią cieszyć się sukcesem. Poza tym należą do dość elitarnego klubu, bo dysleksję miał Einstein, Leonardo da Vinci, Andersen, Whoopi Goldberg, Cher, Jacek Kuroń, Jacek Żakowski i wielu innych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.