Niebiesko-różowo

Jedna z lekcji z moją najmłodszą grupą. Wokół same dwu i trzylatki plus jedno z ich rodziców lub któryś z dziadków. Przed rozpoczęciem zajęć uprzedzam, że dziś uczymy się o wróżkach. Mam różowe, posypane brokatem skrzydła i kto chce może je założyć i pofruwać sobie jako „fairy” dookoła sali.

Dziewczynki są zachwycone. Oczy im się świecą. Już chcą skrzydła zakładać. W grupie mam też dwóch chłopców. Jeden ma trzy, a drugi dwa lata. Trzylatek od razu mówi nie. Nie będzie zakładał żadnych różowych skrzydeł. Wiadomo przecież, że róż jest nie dla chłopców, a skrzydła tym bardziej.

Drugi, dwuletni, kiwa głowa, że on chce. I rzeczywiście w trakcie zajęć, kiedy przychodzi jego kolej, zakłada skrzydła i fruwa po sali.

Doskonale widać na tym przykładzie, że dzieciom do pewnego wieku jest wszystko jedno. Co ciekawe chłopcy w żłobku chętniej wybierają różowy niż inny kolor. W żłobku mogą sobie na to pozwolić, bo nikt zaraz nie skomentuje tego wyboru „to przecież nie jest kolor dla chłopców, weź inny.” Różowy po prostu podoba się dzieciom niezależnie od płci. Jest jasny, wyróżnia się spośród innych barw. Ręka czy to chłopców czy dziewczynek jakoś sama po niego sięga. Najczęściej właśnie dwulatkowie. Oni nie są jeszcze tak bardzo wytrenowani w niebiesko-różowym kodzie, dzięki którym nam, dorosłym, tak łatwo klasyfikować i porządkować sobie świat.

Zauważyłam, prowadząc zajęcia, że niektórym rodzicom trudno zaakceptować fakt, że ich synek wybiera różową wstążkę, kredkę, czy różowe klocki. Od razu niczym sufler za kulisami podpowiadają „właściwy wybór”. A nim oczywiście zawsze jest niebieski. Sięgamy po niego łatwo, bo też od dawna w naszej głowie jest przypisany małym chłopcom.

Dlatego też przed moimi zajęciami, na których dzieciom towarzyszą rodzice, wolę uprzedzić, co będziemy robić i zasygnalizować, że dziecko ma wybór. Chłopczyk może się nie zgodzić na bycie wróżką, ale jeśli ma na to ochotę, nic nie stoi na przeszkodzie.

Na zajęciach, na których dzieci są same, pozwalam na te mniej oczywiste wybory. Nie komentuję ich. Reszta grupy najczęściej też nie. No chyba że dzieci są już starsze. Wtedy bardzo mocno walczą o właściwy podział świata i przestrzeganie tego, co mówią im rodzice.

Czasem wydaje mi się, że dziecko rzeczywiście przypomina białą kartę, na której zapisują się kierowane do niego przez nas komunikaty. Komunikaty, które jakoś nas ograniczają. Hamują kreatywność, chęć przygody, chęć zmiany.

Dlatego proponuję eksperyment. Pozwólmy dzieciom na ich własne wybory. W końcu tak mało mają do powiedzenia. Niech same wybiorą kolor, który im się podoba, zabawkę, kostium. Niech przymierzą, spróbują się, posmakują. Nie mówmy od razu, że nie wolno. I tak wciąż słyszą od nas tego typu komunikaty.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.