I po testach…

W poprzednim wpisie pisałam o testach. Krótko było o ich plusach, minusach oraz podejściu rodziców, uczniów i moim. Cóż, minusy według mnie przeważały. Broniłam tezy, że dzieci i tak mają dużo testów w szkole, więc po co im dokładać kolejnych. Sprawdziany stresują uczniów, po co im te nerwy, zwłaszcza na zajęciach dodatkowych. Zajęcia dodatkowe powinny być przyjemne, zabawne, niestresujące. Ale jest też druga strona.

Jak sprawdzić, ile oni się uczą? Jak podsumować wiedzę i co powiedzieć rodzicowi?

Co mi wyszło z tych testów? Głównie zaskoczenia. Jeden uczeń test napisał dość słabo, a wiem, że jego wiedza jest znacznie większa. Na lekcji jest aktywny, zna słówka, potrafi połączyć je w proste zdania. Test jakoś mu nie poszedł.

Inny z kolei na teście wypadł zadziwiająco dobrze. Na lekcjach zwykle się nie odzywa lub odzywa mało. Często powie coś dopiero, kiedy pytanie będzie skierowane bezpośrednio do niego. A tu nagle na teście taki dobry wynik.

Znalazłam też kolejny plus testu. Niby dość oczywisty, ale lepiej przekonać się na własnej skórze. Widać z czym cała grupa ma problemy i nad czym trzeba jeszcze popracować. I chyba tak by trzeba było do sprawdzianów podchodzić. Ich główny cel to informacja, z czym sobie moi uczniowie nie radzą, do czego warto wrócić. Jednak obawiam się, że rodzice mogą to widzieć inaczej. Oni zwykle koncentrują się na pomyłkach lub niewypełnionych polach. Dla nich sprawdzian to informacja, że dziecko czegoś nie wie, nie zapamiętało, nie nauczyło się. Z perspektywy nauczyciela jest odwrotnie. Właściwie wiedza o tym, co uczniowie potrafią jest mało przydatna. Ważniejsze wydaje się, by mieć świadomość, czego jeszcze nie wiedzą i na tym się skupić.

Warto też wiedzieć, że zdawania czegokolwiek, czy testu czy egzaminu, trzeba się nauczyć. Część ustna takiego sprawdzianu nie ma często nic wspólnego z rozmową w prawdziwym życiu. Na przykład na lekcji przerabiamy kwiaty. A potem na teście jest pytanie, które kwiaty lubisz. Dzieci słysząc po raz pierwszy to pytanie, najpierw długo się zastanawiają, co na egzaminie może zostać zinterpretowane jako niezrozumienie pytania. A potem pytają po polsku o nazwę kwiatka, której nie znają po angielsku. A przecież na lekcji uczyliśmy się pełno innych nazw. Dzieci trzeba dopiero nauczyć, że to co powiedzą, nie musi tak do końca być zgodne z ich preferencjami. Egzamin czy test nie bada ich preferencji, ale umiejętność mówienia po angielsku. I jakoś na takie pytanie trzeba odpowiedzieć, choćby ‘I like roses’.

Kolejny plus z robienia testów na zajęciach Helen Doron, to podobieństwo naszych sprawdzianów do egzaminów Cambridge, które prędzej czy później nasi uczniowie z pewnością będą zdawać. Warto ćwiczyć jak najwięcej i jak najczęściej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.