DYSCYPLINA CZY SWOBODA?

p4190088

 

Rodzice wybierają system wychowanie, który wydaje im się słuszny i odpowiedni lub zapamiętany ze swego rodzinnego domu. Jedni są zwolennikami twardej ręki i wychowują w oparciu o dyscyplinę, inni pozostawiają dzieciom pełną swobodę. Który sposób jest lepszy?

 

Jestem nie tylko matką, ale też nauczycielem i pedagogiem. Na zajęciach z metodyki (bodaj na czwartym roku studiów) wpajano nam, że najskuteczniejszą metodą wobec dzieci jest perswazja i traktowanie ich „po dorosłemu”. Krzykiem i klapsami, nie mówiąc już o bardziej drastycznych posunięciach, nic nie osiągniemy. To oczywiście prawda i każdy specjalista – ze słynną „Super Nianią” na czele – podpisze się pod tą teorią obiema rękami. Co prawda, doświadczenie rodzica nauczyło mnie, że życie zawsze dopisze swój własny scenariusz 😉

Pamiętam rozliczne historie, kiedy moja starsza córka miała niespełna cztery lata (a była jeszcze wtedy jedynaczką i naszym szczególnej troski oczkiem w głowie…) dostawała ataków szału i histerii w najmniej oczekiwanych przez nas momentach. Któregoś razu wybraliśmy się na rodzinną, niedzielną wycieczkę do położonego nieopodal miasta zamku. Był ciepły, majowy dzień. Przechadzaliśmy się zamkowymi krużgankami, z zaciekawieniem słuchając opowieści snutych przez przewodnika. Mijały nas rozliczne grupy turystów: Anglicy, Niemcy, Francuzi… Starsi, młodsi, rodziny z większymi, ale też i całkiem małymi dziećmi. Zewsząd słychać było, niczym w wieży Babel, wszystkie języki świata. I naraz, w ciszy zamkowych komnat, rozległo się przeciągłe wycie naszej „księżniczki”. Mała oznajmiła, że CHCE wracać do domu. Już, i basta. Próby uciszenia spełzły na niczym, a nawet przyniosły efekt odwrotny od zamierzonego. Mama dała batonik. Tatuś pobiegł po loda. Ciocia nosiła na rękach i ocierała łzy. Babcia gładziła po główce i prawie sama płacząc użalała się nad „biedną dziecinką”. Za to pan przewodnik, reszta naszej grupy i wszyscy zwiedzający wokół patrzyli na nas z coraz większą nienawiścią. Mały aniołek wył w niebogłosy. Ostatecznie położył się na zamkowej posadzce i – waląc w nią nóżkami – odmówił jakiejkolwiek współpracy. Przypadkowa, starsza pani mijając całe widowisko warknęła ze złością: – Boże, co za rozwydrzony bachor! To był ten moment, kiedy zastanawiałam się, komu bardziej mam ochotę dać klapsa, małej czy starszej pani?

Historia skończyła się tak, że – nie mogąc zapanować nad emocjami własnego dziecka i turystami, którzy ze zrozumiałych względów mieli ochotę wszystkich nas zlinczować – opuściliśmy zamek i niedzielna wycieczka dobiegła końca. Ostatecznie mała postawiła więc na swoim.

Czy to jest ten „bezkonfliktowy” system wychowania? W teorii wszystko jest proste. Podręczniki uczą, że dzięki ustępstwom na rzecz dziecka omija się wzajemne nieporozumienia, oszczędza przykrości zarówno rodzicom, jak i dziecku. Ale czy dziecko, któremu na wszystko się pozwala, jest przygotowane do życia w grupie? Taką grupę w pierwszym okresie jego życia stanowią najpierw rodzice i najbliżsi członkowie rodziny, później grono rówieśników, szkoła, wreszcie całe społeczeństwo. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie, że mogłabym stosować wobec dzieci – nieważne czy własnych, czy powierzonych mi pod opiekę – system cielesnych kar (a sama wyrosłam z pokolenia dzieciaków, które dobrze wiedzą co znaczy tzw. dyscyplina wisząca w przedpokoju – ku przestrodze i które przerobiły system „linijką po łapach” za złe zachowanie w klasie).

Złoty środek to niewątpliwie połączenie swobody z nauką odpowiedzialności i panujących w życiu zasad. Lepiej, gdy dziecko powoli wdrażane jest w obowiązki i uczone, że w prawdziwym świecie nie jest tak, że wszystko obraca się wokół „małej księżniczki”… Warto zaufać dziecku i oddawać mu jak najwięcej obowiązków. Począwszy od najprostszych: składania zabawek, odnoszenia do kosza z praniem brudnych ubranek, po zrozumienie i używanie słów „przepraszam”, „proszę” i „dziękuję”, aż do pomagania mamie w kuchni czy tacie w drobnych, domowych czynnościach. Wierzcie mi, a wiem to po wielu latach własnych doświadczeń: pomoże to dziecku w wejściu nie tylko w okres szkolny i odnalezienie się wśród rówieśników, ale też w podołaniu wielu niby-prostym funkcjom, które jednak warunkują całe jego późniejsze życie. Sami sobie oszczędzimy dzięki temu wielu rozlicznych dylematów i zupełnie niepotrzebnych emocji J

 

Jedna myśl nt. „DYSCYPLINA CZY SWOBODA?

  1. Ronon

    Hmm , sam nie wiem – nie ma złotej zasady – wychowywać „bezstresowo“ czy „ wpajać pruski dryl“ obie metody mają swoje plusy i minusy. Pamiętam co moi rodzice mieli ze mną jak byłem małym chłopcem jak i później kiedy już uważałem siebie za dorosłego. Przypominam sobie mojego starszego syna kiedy miał cztery lata jak i teraz kiedy już zaczyna się golić.
    Obiecałem sobie kiedyś , że nie popełnię błędów swoich rodziców. Łatwo to powiedzieć ale trudniej zrobić. Każdy z nas rodziców miał lub będzie miał podobne zdarzenie takie jak opisałaś. Ja również miałem.
    Mój syn miał w tedy 4 lata , był to pierwszy dzień naszego pobytu w Hajduszoboszlo. Idąc główną ulicą do kąpieliska młody miał już muchy w nosie , na widok pierwszej napotkanej budki telefonicznej nastąpił wybuch histerii , nie wiedząc co jest powodem próbowaliśmy młodego uspokoić – bez powodzenia, mijający przechodnie spoglądali na nas ze współczuciem inni z ironicznymi uśmiechami i komentarzami. Wziąłem syna na ręce i próbowałem go uspokoić , tuliłem , obiecywałem cuda aby przestał płakać i powiedział co się stało . Kiedy wreszcie powiedział że chce rozmawiać przez telefon z babcią, powiedziałem : ok , pójdziemy rozmienić forinty i zadzwonimy do babci. Nastała cisza. Weszliśmy do pierwszego sklepu aby rozmienić forinty co okazało się nierealne i tu nastąpił kolejny wybuch płaczu , który wpłynął od razu na ekspedientkę – znalazła momentalnie 5 monet po 20 forint , których wcześniej nie miała – poszliśmy zadzwonić. Od tego czasu nosiłem w portfelu po kilka monet aby uniknąć podobnej sytuacji.- jednak do końca pobytu już nie było konieczności dzwonienia do babci J . Ciężko jest uspokoić dziecko, które wpadnie w histerię , jedni twierdzą że trzeba je zostawić aby się wypłakało inni że należy uspokoić i wytłumaczyć. Jedno i drugie rozwiązanie nie skutkuje od razu.
    Według mnie z dzieckiem trzeba rozmawiać , pokazywać dobre i złe jego postępowania. Karami nic się nie wskóra , nagrodami też, wręcz przeciwnie sami sobie wykopiemy przysłowiowy “grób”. Lekarstwo jest po środku lecz każdy z nas musi je sam znaleźć.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.