Powtarzania, powtarzania i jeszcze raz powtarzania – tego potrzebuje dziecko, by być dwujęzyczne

Miałam ostatnio okazję, by z bliska zobaczyć, jak wygląda uczenie mówienia dziecka, które w przyszłości będzie dwujęzyczne. Przekonałam się więc na własne uszy i zobaczyłam na własne oczy, jak dużo racji ma Helen Doron mówiąc, że nauka języka powinna opierać się na kilku ważnych filarach.

Oczywiście jako lektorka metody jej autorstwa wiem to nie od dziś. Ale jak się okazało, co innego wiedzieć, a co innego doświadczyć na własnej skórze.

Przez tydzień obserwowałam, jak niespełna dwuletnia córeczka mojej przyjaciółki uczy się równocześnie polskiego i portugalskiego. Niezwykłe przeżycie. Mała jest na etapie powtarzania wszystkiego. Nie ma dla niej znaczenia, czy słowo jest polskie czy portugalskie. Jej aparat mowy jest na tyle elastyczny, że radzi sobie z głoskami w obu tych językach. Niektóre przekręca, niektóre zmiękcza, robi błędy typowe dla dzieci w jej wieku.

Najpiękniejsze jest to, że nie boi się błędów i potrafi bawić językiem. Pomyślałam sobie, że my tak rzadko pozwalamy na to polskim dzieciom, które przychodzą do naszej szkoły, by uczyć się angielskiego. Zarówno lektorzy, jak i rodzice chcą, żeby dziecko od razu mówiło bezbłędnie. Co i rusz je poprawiamy. Są dzieci, które to zniechęca. A przecież nie o to chodzi.

Zależy nam też, żeby dziecko nauczyło się angielskiego szybko, choć nawet nauka ojczystego języka zajmuje kilka lat. A właściwie trwa całe życie. To niekończący się proces. Wciąż powstają nowe słowa, a do polszczyzny wchodzą różne zapożyczenia. Nie wspominając o dawnym języku, z którym spotykamy się w literaturze.

Często na zajęciach mamy wrażenie, (lektorzy, uczniowie, rodzice) że wciąż uczymy samego, że mało jest nowych rzeczy. Obserwując tę dziewczynkę słyszałam, ile potrzebuje powtórek, żeby dane słowo zapamiętać. A także ile razy sama je sobie powtarza. Kiedy mówiła coś po polsku, a ponieważ mieszka na stałe w Portugalii, jest to dla niej język zdecydowanie drugi, a nie pierwszy, wszyscy dookoła powtarzali te polskie słowa za nią. Mała słuchała i powtarzała je chyba z tysiąc razy. I wcale tu nie przesadzam.

A wyglądało to tak. Dużo rozmów toczyło się o kocie. Kot jest nowym mieszkańcem domu córeczki przyjaciółki. Kiedy mała mówiła „kot” (po polsku), od razu ktoś się cieszył. Ona widząc reakcję, powtarzała to słowo wiele razy. Potem ktoś dorosły ją pytał „co robi kot?, co robi kotek?” (dzięki tym pytaniom mała poznała też zdrobnienie od słowa „kot”). Pytanie powtarzaliśmy kilka razy. Zawsze zostawiając krótką przerwę na odpowiedź. A kiedy odpowiedzi nie było, nie mówiliśmy od razu, że ta nauka to na nic, że nie daje efektów, a przecież dziecko od dwóch lat już się z językiem osłuchuje. Dlaczego więc tak łatwo przychodzi nam ocenianie polskich dzieci, które uczą się angielskiego?

Kiedy mała nie odpowiadała, po prostu mówiliśmy za nią, np. „kotek śpi”, „kotek biegnie”. Żeby zapamiętać to proste zdanie mała potrzebowała wielu powtórzeń. Powtórzeń również w innym kontekście, np. „tata biegnie”, „mama śpi”. Na tym polega właśnie nauka języka. Ciągłym powtarzaniu i mówieniu znanych już dziecku słów, ale w innych kontekstach.

Małej zresztą ciągłe powtarzanie w ogóle nie przeszkadza. Sama sobie nuci wciąż jedną i tą samą piosenkę ze żłobka. Taki etap w rozwoju. Te powtórzenia sprytnie wykorzystuje jej starsza siostra (też dwujęzyczna), która zadaje małej pytanie „czy mama jest ładna czy brzydka?”. A ponieważ mała jest na etapie mówienia pojedynczymi słowami i najczęściej powtarza ostatnie słowo, to oczywiście odpowiada, że „brzydka” 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.