X
 
 

Magdalena Potocka-lektorka metody Helen Doron

Poznajcie Magdalenę Potocką – lektorkę z Wrocławia, która w szkole Helen Doron pracuje od samego początku. Magda pamięta początki metody w Polsce, pierwsze reakcje dzieci i rodziców. Posłuchajcie, jak wspomina tamte czasy i jak ocenia zmiany, które zaszły w Helen Doron przez ostatnie lata.

W jakich okolicznościach dowiedziałaś się o istnieniu metody Helen Doron?

Magda: To był przypadek. Pracą była zainteresowana moja mama. Znalazła ogłoszenie w lokalnej gazecie. Poszła na pierwsze spotkanie, ale ponieważ miała wtedy problemy z kręgosłupem, a praca lektora Helen Doron wymaga dużej aktywności fizycznej w czasie zajęć i ogólnej dobrej kondycji oraz śpiewu, w którym ona nie czuje się komfortowo, stwierdziła, że to nie dla niej i że może ja się do tego lepiej nadam. Namówiła mnie, żebym spróbowała. Byłam wtedy na początku studiów. Poszłam na kolejne spotkanie, zapisałam się na szkolenie i zostałam lektorką mając 19 lat.

Czy te 17 lat temu nie zaskoczyło Cię, że Helen Doron oferuje kursy nauki angielskiego dla maluszków, dzieci w wieku 2, 3 lat?

M: Nie, nie zaskoczyło. Byłam otwarta na różne metody. Zastanawiałam się tylko, czy będą do tego pomoce dydaktyczne. Sama byłam przekonana, że się da. Zadawałam sobie pytanie, czy efekty będą na tyle dobre, żeby klienci zostali.

Nie obawiałaś się kontaktu z takimi małymi dziećmi?
M: Nie. Zawsze miałam młodsze rodzeństwo i dużo styczności z małymi dziećmi.

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia po szkoleniu? Nie miałaś wątpliwości, że to dla Ciebie?
M: Po szkoleniu pomyślałam sobie, że jestem do tego stworzona. Nie miałam wątpliwości. Poznałam Monikę, z która pracuję do dziś. Dzięki szkoleniu wiedziałam co robić jako lektor.

Po szkoleniu przyszedł czas na pierwsze lekcje i odzew od rodziców. Jak im się podobało, co mówili?

M: Moje pierwsze grupy to były dzieci w wieku 4, 5 lat i 7. Rodzice wchodzili na każde zajęcia. Chciałam, żeby widzieli przebieg zajęć, bo metoda była wtedy bardzo mało znana. Rodzice widzieli mój rozwój i rozwój swoich dzieci oraz nasz sposób pracy. Były to wspólne przeżycia, rodzice byli częścią kursu. Często traktowali to jako sposób na spędzenie czasu z dzieckiem, bo nie było wtedy tak szerokiej oferty zajęć jak teraz. Niektórzy byli zaskoczeni, że da się uczyć tak małe dzieci jak 6-latki. Teraz jest to dla wszystkich oczywiste. A dyskusje toczą się o tym, czy warto zaczynać już z 6-miesięcznymi.
Pierwsze reakcje rodziców były bardzo pozytywne. Już po pierwszych pokazówkach chwalili pełen profesjonalizm, merytoryczne przygotowanie i doświadczenie. Choć ja dopiero co skończyłam szkolenie.

Jak oceniasz zmiany, które zaszły w Helen Doron przez 17 lat? Pojawiły się nowe programy, zmieniły się materiały dla lektorów, weszły nowe technologie (np. rzeczywistość rozszerzona, gry online, aplikacje uczące czytać dostępne na tablety i smartfony, itp.).

M: Ciężko mi to ocenić. Na pewno było inaczej. Dawniej nie było aż tylu materiałów dla lektorów. Ale był dobry, przemyślany program, dlatego nauczyciel mógł być pewny sukcesu. Z nostalgią wspominam tamte czasy, kiedy lektorzy wymieniali się pomysłami na lekcje. Nic nie było rozpisane tak jak teraz krok po kroku. Wymagało to kreatywności. Wchodziłaś do sklepu z zabawkami i chciałaś wszystko. A to dodatkowo napędzało i motywowało.
Teraz mamy pełno materiałów. To trudna sytuacja dla nowych nauczycieli, bo muszą nauczyć się wybierać materiały pod konkretną grupę. Obserwować, co się przyda. Naszym motorem i głównym celem są nasi uczniowie. Lektor obserwuje, co im się podoba i wykorzystuje to na lekcji.

Zgodzisz się, że na lekcji nic nie zastąpi propsa (czyli pomocy dydaktycznej, np. gier, zabawek, obrazków)?

M: Dzieci tablety mają na co dzień. Jest to ciekawe, zainteresuje ich, ale na moment. Zachwyceni są prostotą tego, co mogą zrobić sami. Wszystkie propsy, które robimy z nimi, pobudzają w nich kreatywność. A to aktywizuje kolejne obszary w mózgu do przyjęcia języka. Tak, nic nie zastąpi propsa.

W Helen Doron nauka angielskiego jest pretekstem do wspomagania rozwoju ogólnego dziecka.

M: Tak, zawsze starałam się to wykorzystywać, dlatego pokochałam kursy dla niemowląt. To niesamowite, ile może zdziałać dotyk, kawałek szmatki, bibułka. Wszyscy mamy to w domu, ale mało komu przychodzi do głowy, żeby wykorzystać to do stymulowania rozwoju dziecka. Dzieciom nie potrzeba multimedialnych zabawek, szczególnie tym najmłodszym. Wystarczy tylko skarpetka na naszej dłoni, którą będziemy je masować.
Jako lektor metody Helen Doron nie jestem tylko od wyłożenia porcji wiedzy, ale na przykład od tego, żeby jedną z piosenek zaśpiewać trzymając się za ręce i przytulając głowami. To daje zupełnie inny rodzaj energii grupy.

Czy masz ulubiony kurs lub grupę wiekową, którą lubisz uczyć?

M: Lubię te zajęcia, na których są rodzice, czyli „Baby’s Best Start”, „It’s a baby dragon”. Ale to najstarsze grupy dają mi olbrzymią satysfakcję. Widać ich kolosalny postęp.
Co do kursu, to ciężko mi powiedzieć. Zawsze lubiłam kurs „Play on”. Wiedza encyklopedyczna, która była częścią kursu motywowała mnie do poszukiwania nowych wiadomości. Dzięki czemu, my lektorzy, nie stoimy w miejscu, stale musimy się rozwijać. Poznajemy idiomy, których wcześniej nigdy nie słyszeliśmy, ani w szkole, ani na uczelni, bo byliśmy uczeni bardzo schematycznie.
Poznajemy akcenty z rozmaitych krajów, gdzie angielski jest językiem oficjalnym, a nie są to kraje anglosaskie. Nasi uczniowie z pewnością spotkają się na wakacjach z dziećmi z Włoch, z Francji i usłyszą bardzo różne te angielskie akcenty. I to nie będzie dla nich ani blokadą, ani barierą.

To właśnie, moim zdaniem, odróżnia kursy metodą Helen Doron od innych metod. Pokazuje się różnorodność, jaka jest w świecie. I jeśli chodzi o muzykę, bo piosenki prezentują style muzyczne z całego świata i, jak wyżej wspomniałaś, o akcenty.

M: Tak, podejście, że jeśli uczymy dzieci, to wszystko uprośćmy, jest złudne. Dorosłym się wydaje, że powinni zniżyć się do poziomu dzieci, kiedy z nimi rozmawiają. A tak naprawdę, to powinni się wspinać do nich na palcach jak to ujął Janusz Korczak. Tego nauczyłam się jako lektorka Helen Doron. Dzieci są bardzo wymagającym odbiorcą.

Różnorodna muzyka, ładna dla oka i z gustem zaprojektowana szata graficzna materiałów. Nie tylko nauka, ale i wszystkie pomoce w Helen Doron są na wysokim poziomie. Prawda?

M: Jeżeli chodzi o różnorodność, to podoba mi się też uczenie o odmienności. Bohaterami kursów są dzieci różnych ras, zwierzęta przynależące do innych gatunków. A historie są tak skonstruowane, że wymagają dogadania się między bohaterami. Lubię te zajęcia, bo dają mi możliwość przemycenia wartości pozajęzykowych, społecznych.
Cudowny jest kurs dla nastolatków „Teen English”. Pojawia się tam wiele tematów bliskich nastolatkom. Młodzieńcze konflikty, rzeczy, których się wstydzą, bariery, jakie muszą przełamać, kompromisy, na które trzeba pójść. Wszystko bardzo blisko życia. I nie na zasadzie podania tematu, krótkiego tekstu i pytań do tekstu. Zarysowana jest prawdziwa sytuacja, z której nastolatkowie muszą jakoś wybrnąć. Kurs ma też działanie terapeutyczne. Pokazuje, że nie są sami na tym świecie, że dużo osób ma te same problemy.

Dlaczego poleciłabyś metodę HD innym? Czy dlatego, że to jest uczenie poprzez przeżywanie? Każdy kurs porusza sprawy bliskie wszystkim dzieciom czy nastolatkom. To nie jest tylko nauka języka.

M: Tak, od małego do najstarszego. Polecam, bo metoda polega na zanurzeniu w języku. Materiały do bardzo dobre i spójne. Tematy wracają, są poszerzane i pogłębiane. Grupy liczą do 8 osób. Nauczyciel może skoncentrować się na potrzebach wszystkich dzieci. Mamy też możliwość dostosowania tempa kursu do potrzeb grupy.
A ponieważ mamy mocno ustandaryzowane kursy, dzieciaki, które się przenoszą do innego miasta, czy nawet państwa, mogą śmiało kontynuować tam naukę. Nie muszą szukać innych książek, nowej szkoły. Lektor z kolei dostaje duże wsparcie.

I w związku z tym, dlaczego warto zostać lektorem HD? Kto może nim być? Co trzeba mieć?
M: Skończyły się czasy, kiedy byliśmy jedyną szkołą, która uczy dzieci. Jesteśmy jedną ze szkół, dlatego, moim zdaniem, lektor powinien być znakomity. Uważam, że teraz tym bardziej musi nas odróżniać jakość. Wiadomo, że lektor musi dysponować bardzo dobrym angielskim. Nie może bać się ewaluacji, kontroli zajęć. Taka kontrola ma na celu przede wszystkim podniesienie jakości zajęć. Czasami może to dotyczyć zarządzania grupą, propsów, radzenia sobie z dyscypliną. Osobiście wolę pracować w miejscu, gdzie ktoś się troszczy, o to co robię. Niż u kogoś, kto mnie wypuszcza i już się dalej nie interesuje tym, co robię.
Dodałabym jeszcze otwartość na ludzi i chęć współpracy z innymi nauczycielami. To jest coś, co mnie zawsze motywowało i zachwycało. W mojej szkole nigdy nie było rywalizacji między lektorami. Zawsze można przyjść i powiedzieć „Słuchaj, mam problem z tymi i z tym.” I zawsze ktoś odpowie.

Zgranie zespołu też się przekłada na atmosferę panującą w szkole, którą z pewnością czują dzieci i ich rodzice.
Twoje dzieci też uczą się metodą Helen Doron.

M: Tak, mój syn miał 11 miesięcy, kiedy zaczął. Basia podobnie. Bardzo lubią słuchać płyt, same sobie włączają. Uwielbiają chodzić na zajęcia. Postęp jest stały. I nie wyobrażam sobie zmiany szkoły. Słyszę, jak dobrze mówią po angielsku. Kiedy rozmawiam po angielsku, z moimi dorosłymi uczniami, a moje dzieci są w pobliżu, zwracając się do nich nie zmieniam języka na polski. Znakomicie mi odpowiadają.
Znam metodę od podszewki i uważam, że jest najlepsza, jeśli chodzi o naukę języka.

A że masz doktorat z metodyki nauczania, to patrzysz na kursy też metodycznie.

M: Tak, i dlatego polecam szkołę Helen Doron jako doskonałe miejsce do nauki angielskiego.